Polish Soloists String Orchestra zagrała w pilskim hangarze. “Koncertowy survival. Z nieba do muzycznego piekła”

To było jak EKT. Ekstremalna Droga Krzyżowa. Muzyka klasyczna w ekstremalnych warunkach. Hangar na lotnisku, twarde krzesła i 6 stopni Celsjusza. Noc. A jednak…Jak na EKT trzeba wyjść ze strefy komfortu i ruszyć w drogę, by odnaleźć duszę, tak podczas niedzielnego koncertu trzeba było znieść twarde warunki, by poprzez muzykę dotrzeć w głąb siebie. Odważnie wykonane przez młodych solistów utwory, zwłaszcza w drugiej części koncertu – minimalistyczne i kontemplacyjne – wdarły się w trzewia słuchaczy, jak lód. Jak sęp szarpiący wątrobę przykutego do skały Prometeusza. Jak otchłań. Onirycznie i ekstremalnie wypełniły hangar, i stworzyły coś, co dziś, nawet w sztuce, spotyka się rzadko: prawdę.

Ciekawe, czy w ciepłej, klimatyzowanej sali polska prapremiera utworu neoklasycznego, niemieckiego kompozytora Maxa Richtera „On the Nature of Daylight” oraz kontemplacyjne „Fratres” Estończyka Arvo Pärta zabrzmiałyby tak samo? Śmiem twierdzić, że nie. Publiczność z hangaru miała tę nieco przypadkową przyjemność, że wysłuchała koncertu Polish Soloists String Orchestra (młodych wirtuozów jeszcze do początku maja znanych jako Uncover Soloists) w szczególnych okolicznościach przyrody.

Nadnotecki Instytut UAM w Pile i Orkiestra zaprosili na wyjątkowy koncert w hangarze lotniczym Aeroklubu Ziemi Pilskiej. W tle samolotów AN i szybowców odbył się koncert, a raczej widowisko, z okazji 100-lecia Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, który ma swoją filię w Pile. Był Paderewski, Chopin, Wieniawski i Górecki. Wszystko w brawurowym wykonaniu. Ale prawdziwe wrażenie zrobiła druga część koncertu. Ta ekstremalna…

Fot. Zbigniew Komorowski

Efekt skucia słuchaczy w sopel lodu był raczej przypadkowy. Wszak miała być ciepła noc… Nieplanowany efekt okazał się jednak bezcennym zabiegiem formalnym.

Doświadczanie siebie w muzyce Richtera i Arvo Pärta wyszło wzorcowo. Muzyka trudna. Minimalistyczna. Często oparta na dwóch, trzech dźwiękach, powtarzanych z uporem, jakby nie ciągniętych smyczkiem, a drapanych po szkle. Wiercących dziurę w mózgu. Brudnych.

Obdarci z komfortu eleganckiej sali słuchacze wyposażeni zostali w kolejny zmysł. Jakby otworzyło się im trzecie oko. Jakby słuchali ciałem…

Wielkie brawa dla Orkiestry za odważny repertuar!

– Katowaliśmy się tymi dźwiękami przez tydzień, przez wiele godzin zaglądając w otchłań swojej duszy – powiedziała w przerwie Celina Kotz, koncertmistrz.

Efekt przerósł chyba jednak nawet samych artystów. Z nieoczekiwanym bonusem w postaci piekielnego zimna, wypadli świetnie. Wielkie brawa również dla Pawła Czaji, który gościnnie zagrał na instrumentach perkusyjnych. Głuchy głos jego pukania wzbudzał trwogę. Nagi lęk; coś, jak ostatni strumień świadomości, gdy wbijają gwóźdź w wieko naszej trumny.

Jedną z podstawowych cech sztuki, zwłaszcza starożytnej, jest katharsis. Już Arystoteles, w VI rozdziale swojej Poetyki uznał, że celem sztuki jest wzbudzenie u widza uczuć „litości i trwogi”, aby przez to następnie oczyścić jego umysł z tych doznań. W XX wieku ponownie wzrosło zainteresowanie katharsis, zwłaszcza dzięki psychoanalizie, do której pojęcie to zostało wprowadzone przez Breuera i Freuda. Według nowszych interpretacji istota katharsis polega na tym, że odbiorca, odczuwając litość i trwogę, bunt i cierpienie, dochodzi do zrozumienia tajemnicy losu, do pogodzenia się z nim.

I chyba tego właśnie doświadczyliśmy w hangarze na lotnisku. Razem z Polish Soloists String Orchestra odbyliśmy drogę do muzycznego piekła. I wróciliśmy. Zmarznięci: czyści i wolni.

//Gabriela Ciżmowska//