Pomóż walczącej Ukrainie przetrwać zimę! Trwa zbiórka

Żeby wygrać, Ukraina musi pokonać nie tylko Rosjan, ale również zimę. Nie wiadomo co będzie trudniejsze. Na początku grudnia wyruszy z Piły kolejny transport z darami dla żołnierzy i ludności cywilnej z terenów objętych działaniami wojennymi. Zbiórkę prowadzi Fundacja Mewa. Będzie trwała do 7 grudnia.  

Wojna w Ukrainie spowszedniała Polakom tak samo jak Ukraińcom alarmy bombowe. Nie ma złudzeń co do tego Krzysztof Rauhut, właściciel Studia K2, który w grudniu kolejny raz pojedzie z transportem darów do Łucka. Mimo wszystko. Mimo spowszednienia. Transport z Piły to wciąż jeden z największych „prywatnych” transportów humanitarnych z tych, które w ostatnim czasie docierają do Łucka, a stamtąd – na wojnę. 

A ta jest wszędzie tam, gdzie spadają pociski. I wdziera się wszędzie. W głowy też. Ilu “orków” można bezkarnie zabić? Bo chociaż wszystkie święte racje są po twojej stronie, zabijanie wcale nie staje się od tego łatwiejsze. O tym nie mówi się głośno. Raczej szeptem. I raczej obcym. Niż swoim. Ukraińcy wiedzą, że kiedy skończy się to wszystko będą musieli stanąć sami ze sobą twarzą w twarz. Na razie zostawiają to gdzieś z tyłu głowy. Na razie liczy się tylko walka. Już nie z jednym, ale z dwoma wrogami. Z Putinem i z zimą. Ta ostatnia nigdy nie była w Ukrainie łagodna. Teraz też nie robi wyjątków.

– W niektórych obszarach Ukraińcy potrzebują naszej pomocy jeszcze bardziej niż na początku wojny – apeluje Krzysztof Rauhut.

Rosjanie z premedytacją niszczą w miastach sieci energetyczne, bo brak prądu to często również brak ogrzewania. Przetrwają ci, którzy będą mieli koce, śpiwory, ciepłą odzież, leki przeciwgorączkowe. Nie kupią sobie tego w sklepie czy w aptece. Wielu ludziom pokończyły się oszczędności. Nie zarabiają, bo wiele zakładów stanęło, a to odbija się nie tylko na oszczędnościach, ale również na zaopatrzeniu. Mniej towaru, to droższe ceny, które są nawet dwu czy trzykrotnie wyższe niż w Polsce.

Nie sposób też zaopatrzyć w ciepłą odzież wszystkich walczących żołnierzy. To są tysiące, rozproszonych oddziałów gdzie zawiódłby każdy system logistyczny. Z wyjątkiem jednego: ludzkiego. Transport z Piły w Łucku jest odbierany przez ludzi, którzy potrafią dostarczyć go na front i na zbombardowane osiedla, w których wciąż mieszkają ludzie. Nie wszyscy mają dokąd pójść. Nie wszyscy chcą pójść. Zostają w zbombardowanych domach i mieszkaniach, bo te ruiny to wszystko, co mają. Bo kiedyś były ich domem i wierzą, że znowu tak się stanie. Nadzieja jest luksusem żywych. Dlatego muszą przetrwać zimę. Dlatego każda paczka ma znaczenie.

 – Te transporty są zbyt ważne, żeby nie było wcześniej selekcji.  Zabieramy to, co jest naprawdę potrzebne. I to po drugiej stronie jest niezwykle doceniane – mówi Krzysztof Rauhut.

Wprawdzie Polacy uczą się, że zbiórki to nie śmietnik i nikt nie potrzebuje zniszczonej czy brudnej odzieży, to jednak selekcja wciąż jest potrzebna. Nie tylko po to, żeby nikogo upokarzać parą ciepłych, ale brudnych skarpet. Nie ma też czasu na segregowanie tego w Łucku, czy jeszcze później – na froncie. Każda para rękawic, każdy polar, każdy ciepły śpiwór jest tam potrzebna na wczoraj.

– Dlaczego tam jeżdżę? Po co te zbiórki? Bo chyba inaczej już nie umiem. Świata nie zbawię, ale to nie znaczy, że niczego nie można zrobić. Czasem wystarczy zrobić mały krok, a wokół ciebie pojawiają się ludzie, z którymi te kroki stają się coraz większe. I tak to działa. Wciąż wierzę w to, że dobro jest zaraźliwe, a ludziom trzeba dać tylko pretekst, żeby dali z siebie, to co najlepsze. Jeżeli chodzi o mnie, to będę jeździł z transportami na Ukrainę tak długo, jak długo będzie to potrzebne – mówi Krzysztof Rauhut.

W tej zbiórce oprócz ciepłej odzieży dla wojska czy materiałów opatrunkowych dla szpitala zbierane są również słodycze dla dzieci. Tak też można wygrać tę wojnę. Im więcej normalności, tym jej mniej.