Tam, gdzie wczoraj było piekło, dziś jest nadzieja

Chciała pojechać do Buczy i symbolicznie oddać hołd ofiarom bestialstwa dokonanego przez rosyjskich żołnierzy. Tamtego dnia część kwiatów została jednak w Borodziance, reszta w samochodzie. Tamtego dnia było o jedno piekło za dużo. Monika Piotrowska, zastępca wójta gminy Czarnków, spędziła w Ukrainie siedem dni. W walczącym i poranionym kraju, który nie poddaje się Putinowie. I nie poddaje się wojnie.

Zostali w Borodziance, jednym z najbardziej zniszczonych przez Rosjan miast w obwodzie kijowskim. Zostali w niedalekiej Buczy. Zostali w Kijowie. Rano odprowadzają dzieci do przedszkola, do szkoły, pracują. Jakby nie było wojny. Ale otwarte są tylko te przedszkola i te szkoły które mają piwnice, w których można urządzić schrony. Ale czas jest odliczany syrenami alarmowymi. I ze wszystkim trzeba się wyrobić do godz. 16.00, zanim będzie ciemno. Z tym wszystkim, co można zaplanować i zrobić bez prądu mając jedynie powerbanka. Bo wojna to niekończący się blackout.

– I niesamowita logistyka oparta na ludzkiej solidarności z drugiej strony – mówi Monika Piotrowska. – W Bojarce, w Kijowie i w innych miastach działają punkty przetrwania, w których można zagrzać sobie wodę, podładować telefon, przespać się w ciepłym. Telefon to jedna z najważniejszych rzeczy na tej wojnie. Tą drogą wysyłane są ostrzeżenia o nalotach.

Ona też słyszała bombę. Nikt z siedzących wtedy z nią przy stole Ukraińców nawet nie wstał od stołu. Bomba spadła siedem kilometrów dalej. I oni to wiedzieli. Wojna uczy wielu rzeczy.

– To nie jest wiedza, którą można komuś przekazać. To trzeba samemu przeżyć na własnej skórze –  nie ma wątpliwości Monika Piotrowska. – Jakby ich organizm działał w innym, wojennym trybie. Kiedy mój cały czas działał w trybie zagrożenia i ucieczki, oni byli czujni, ale opanowani. Emocje mogą poczekać. Najważniejsze to przetrwać.

Ale to nie tak, że nie ma ich wcale. Tatiana Kochkova, zastępca mera Bojarki, przyznała się, że dopiero za trzecim razem potrafiła patrzeć na zburzone bloki i nie rozpaść się razem z nimi. Rosjanie z położonej północny zachód od Kijowa Borodzianki urządzili sobie poligon. Nie przeszkadzała im świadomość, że mieście było kilkanaście tysięcy osób. Wypróbowali tam niemal wszystkie bomby, w tym próżniowe, od których gorsza jest tylko bomba atomowa. I taka właśnie bomba spadła na blok, w którym mieszkała siostra i ukochany siostrzeniec Ludmiły. W kwietniu jej zdjęcie siedzącej na krzesełku na tle ruin i czekającej na wydobycie najbliższych spod gruzów obiegło cały świat. Stała się symbolem rozpaczy. Siła wybuchu zniszczyła wszystko. Nie wiadomo jakim cudem ocalało zdjęcie siostry Ludmiły i jej siostrzeńca, które siedzącej przed ruinami Ludmile przywiał wiatr.

– I tak zaczęła się druga historia o Ludmile. Nie pogrążyła się w tej rozpaczy, tylko przekuła ją w siłę. Jest szefową akcji humanitarnej w pobliskiej szkole. Miałam okazję poznać tę niezwykłą kobietę – mówi Monika Piotrowska.

Co zastępca wójta gminy Czarnków robiła w środku wojny w obwodzie kijowskim? Rozmawiała w Bojarce o perspektywach dla współpracy gospodarczej  podczas polsko-ukraińskiego forum gospodarczego i uczyła się od praktyków zarządzania administracją w warunkach wojennych. To pierwsze było zaplanowane, to drugie – nie. Nie pojechała z pustymi rękoma. W gminie tuż przed wyjazdem przeprowadzono kolejną zbiórkę, dzięki której zakupiono m.in. turystyczne kuchenki gazowe, w warunkach wojennych – bezcenne. A same rozmowy o współpracy miały jeszcze większy sens niż zwykle.

– Ukraina musi wiedzieć, że nie jest sama – mówi Monika Piotrowska. – Obecność jest dla nich bardzo ważna. Sami zresztą swoją obecnością tam, na Ukrainie, manifestują swoją niezłomność i jednocześnie sprzeciw przeciwko wojnie. Żyją ze świadomością, że każdy ich dzień może być tym ostatnim. To zmienia optykę rzeczy ważnych i nieważnych. Tak jak zrobiła to dwa lata temu pandemia.

Pandemia nie była jednak tak okrutna jak Rosjanie. Zabijała po cichu. „Orkowie” Putina zabijają tak, by usłyszał cały świat.

– Byłam przygotowana na to, że nie będzie prądu. Że będzie ciemno i zimno, ale nie byłam w stanie przygotować się na to, co zobaczyłam w Borodziance – mówi Monika Piotrowska.

Kiedy stanęła przed miejscem, w którym skończył się świat, a zaczęło piekło, przed pustką, która kiedyś była blokiem, tym samym przed którym czekała później Ludmiła, uderzył nią bezmiar tego okrucieństwa. Uderzył ogromny żal. Uderzyła bezradność. Uderzyła groza. 

– Ta wojna jest jedną wielką niesprawiedliwością – powiedziała do towarzyszącej jej Tatiany Kochkovej.

I wtedy właśnie Tatiana opowiedziała jej ciąg dalszy historii Ludmiły. A potem do niej zabrała. Do nadziei.

Fot. Archiwum Monika Piotrowska